W obecnych czasach jest kult sprawczości, rozwoju, młodości i zdrowia. Wszyscy mamy być zaradni, piąć się po szczeblach, nie ustawać w wysiłkach, nie poddawać się. Robić karierę, być doskonałą matką, czarującą i atrakcyjną żoną i kochanką. Bardzo boimy się bezruchu, zatrzymania, zmarszczek. Budzi się lęk, że zostaniemy w tyle, a może że się rozpadniemy. Patrząc na ludzi sukcesu myślimy: oni są szczęśliwi, a ja jeszcze nie. Namacalnie widzimy, że światem rządzi nie tylko nasz rozumu i technologia, ale także przypadek, los, katastrofa i także śmierć.

Kluczem jest umiejętność regulacji, dostosowania, równoważenia.

Pandemia i kwarantanna pokazują nam, że nie ma wszystko mamy wpływ, że rozwój rozumiany poprzez stałe zwiększanie np. majątku, dochodów, ćwiczeń, a nawet wiedzy itp. nie zawsze jest możliwy. A paradoksalnie czasem niewiele ma z rozwojem wspólnego. Jest to raczej próba zaaplikowania sobie środka przeciwbólowego na ból zęba bez udania się do dentysty i podjęcia leczenia. Przez jakiś czas nie boli, ale psuje się dalej.

Tymczasem ważne byśmy też mieli świadomość i przestrzeń na to by nie mieć siły, by czasem się zniechęcić, by odpuścić, by się bać lub być zmęczoną. Szczególnie wyraźnie doświadczają teraz rodzice pracujący zdalnie i mający w domu dzieci, które wymagają opieki i towarzyszenia. Namacalnie doświadczają, że nie da się być doskonałą matką, która odrobi stos lekcji, posprząta i jeszcze pobawi się z dzieckiem, a jednocześnie będzie dobrze pracować zawodowo. Niezależnie od perfekcyjnej organizacji my tak jak i nasi bliscy mamy ograniczenia, których możemy nie móc przeskoczyć. Nie jesteśmy robotami, które da się zaprogramować. Czasem to budzi smutek i lęk. Jednak możemy uczynić tyle ile w danym momencie jest możliwe. I czasem oznacza to, że musimy z czegoś zrezygnować. Musimy wybrać coś kosztem czegoś innego. Coś zaniedbać by móc inną ważną rzecz zrealizować.

Oznacza to także, że mam prawo być załamana, nie podołać czemuś, mieć chwilę zwątpienia. Mam prawo się bać. Tłumienie takich odczuć i „wyrzucanie ich” ze świadomości na dłuższą metę może być równie groźne jak zatapianie się w nich. Być może dopuszczenie takich stanów pozwoli mi nieco odsapnąć, nie dodawać sobie wewnętrznej presji do, i tak trudnej sytuacji. To jest część życia.

Nie zawsze możemy wszystko zrobić, zmienić, kierować. Potrzebujemy rozróżnić na co mam wpływ a na co nie. Ale to nie wszystko. Potrzebujemy także pogodzić się z tym, że czasem musimy wybrać jedną rzecz na którą mam wpływ kosztem drugiej. Że nie możemy mieć i zrobić wszystkiego naraz. Że jesteśmy istotami ograniczonymi – upływem czasu, siłami, zasobami, wiedzą. I że najmądrzejsi będziemy, gdy wszystko minie, a teraz możemy wybrać tylko to co na dziś wydaje mi się słuszne. Być może nie musimy odrobić wszystkich zadanych w szkole lekcji. Nawet kosztem tego, że oceny będą gorsze.

Wiem, że duża część osób może zazdrościć dylematów tym, które mają pracę i pracują zdalnie. Przynajmniej zarabiają! Jednak każdy z nas ma pewne ograniczenia. Niektórymi się różnimy, cześć wszyscy mamy takie same. Iluzją jest, ze ich nie mamy lub że w przyszłości wszystkie zlikwidujemy.

Czasem to czego potrzebujemy to po prostu szlochać lub przytulić się na chwilę.

I nasi bliscy także mogą mieć podobne potrzeby. A to co możemy, to po prostu im towarzyszyć, rozumieć że tak mają.

Nie zawsze musimy dawać im idealne rady, sprawić by natychmiast inaczej się czuli.

możesz także przeczytać:

Photo by Ani Kolleshi on Unsplash